Zobaczcie jaki świat jest piękny oczami Iwmali.

Historia z happy endem.

IMG_6233.JPG

 

W zeszły poniedziałek 20 lipca nasza jamniczka Molly, która ma tylko 4 lata zaczęła dziwnie powłóczyć tylnymi nogami, gdy wracałam z nią ze spaceru dziwnie się zataczała, następnego dnia było gorzej pod samym domem przewróciła się i zaczęła strasznie piszczeć i płakać jak dziecko. Szybko pojechaliśmy do czynnej całą dobę kliniki i tam sunia dostała zastrzyki p/bólowe i sterydy, okazało się, że to jest wielki błąd faszerować psa taką ilością środków p/bólowych, bo gdy nie boli można szaleć... W środę było znowu gorzej, szybka wizyta w tej samej przychodni i znowu środki p/bólowe i sterydy oraz bez pytania blokada w kręgosłup, o której się dowiedziałam przy płaceniu. Po powrocie do domu z tylnymi łapkami było coraz gorzej, postanowiliśmy jechać do innej przychodni wet. bardziej renomowanej. Po umówieniu się z neurochirurgiem stawiliśmy się na miejscu, pan doktor obejrzał pieska, stwierdził "na oko", że nie jest źle, bo jeszcze stawia łapki, zapisał leki na rozluźnienie mięśni i kazał przyjść w piątek. Niestety w czwartek Molusia straciła władzę w tylnych łapkach, już nie mogła ich postawić, zostały sparaliżowane, żeby mogła zrobić siusiu włożyłam jej pod brzuszek bandaże elastyczne i ją prowadziłam....wyłam przy tym jak ogłupiała... I znowu wizyta w super przychodni, pan neurochirurg stwierdził, że niestety pies został sparaliżowany i są dwa wyjścia...albo czekać czyli zamknąć ją w klatce i czekać aż się sama wyleczy...albo zrobić dzisiaj w nocy czyli z czwartku na piątek operację. Dodam, że przez te kilka dni pies nie miał wykonanego żadnego zdjęcia ani tomografii. Operacja miała kosztować 3000 zł, pięć dni pies miał zostać u nich, potem miesiąc w klatce, potem rehabilitacja u nich w gabinecie, na pytanie jaka jest gwarancja, że maleńka będzie chodziła doktor powiedział, że żadna!!!!! Po prostu mnie zmroziło, nie wiedziałam co powiedzieć....zamurowało mnie, doktor dodał, że może to zrobić dzisiaj albo dopiero w poniedziałek, naprawdę nie chodziło mi o te 3000 zł, wiadomo, że to kupa kasy, jedynie o takie "umycie rąk" przez lekarza, który asekuruje się, że operacja może nic nie dać. Wróciliśmy do domu, ja wyłam dalej, nie wiedziałam co ze sobą zrobić, zaczęłam szukać w necie... i znalazłam kilka postów o lekarzu Sekule z Piotrkowic pod Wrocławiem, nie zastanawialiśmy się ani przez moment, rano telefon do Doktora, lekarz powiedział, że w sobotę o 12 czeka na nas w Piotrkowicach i że będzie dobrze, nie myślałam o tym, że mieszkam w Szczecinie a doktor Sekula prawie 400 km od nas, wieczorem byliśmy spakowani, jakby trzeba było spędzić tam kilka dni w hotelu, rano o 7 wyjechaliśmy. Molcia całą drogę drzemała dwa razy stanęliśmy na susiu w lesie, serce się ściskało jak piesio na bandażach "chodził", ale zrobiła co trzeba i w drogę. Im bliżej do Piotrkowic to ja zaczęłam wpadać w histerię, mało nie dostałam zawału. Dojechaliśmy w końcu na czas, przed nami była sparaliżowana jamniczka z Łodzi i maleńki York. Czekaliśmy kilka  minut w upale 32 stopnie, w końcu Pan Doktor nas poprosił. Weszliśmy do środka, ale ja spanikowałam i uciekłam z gabinetu bojąc się diagnozy, stałam i ryczałam jak bóbr.... po kilku minutach pan doktor mnie zawołał do środka...okazało się że jest już po wszystkim! Nie mogłam w to uwierzyć, dysk, który Molce wypadł i powodował paraliż łapek, naciskając na nerw został umieszczony na miejscu w ciągu 5 minut, normalnie szok i łzy. Zostaliśmy jeszcze przeszkoleni, jak masować kręgosłup, powodując naciskanie na ten dysk i mogliśmy wracać do domu, ale pełnia szczęścia była gdy postawiłam Molcię na podłodze w gabinecie i ona zaczęła sama chodzić, sama samiuteńka, wiadomo, że zataczała się na boki, ale tylne łapki się ruszały, naprawdę się ruszały!!!! Za wizytę zapłaciliśmy 120 zł, dostaliśmy jeszcze zawiesinę, żeby pies lepiej się załatwiał i nie wierząc własnemu szczęściu wróciliśmy do auta. Pan Doktor i jego żona to przemili ludzie, kochający zwierzęta, do tego nie naciągają ludzi na kasę, przecież mogli ode mnie wziąć nawet 1000 zł, zapłaciłabym bez zmrużenia oka, teraz wiem, że nie bogate wyposażenie gabinetu w cuda na kiju świadczy o kompetencji lekarza, ale jego umiejętności i podejście do zwierzaka. Wracając do Szczecina Molcia kilka razy zrobiła siku i coraz lepiej radziła sobie z chodzeniem. Teraz jesteśmy w domu, piesio robi siku i kupkę, pięknie się porusza, jeszcze z problemami ale chodzi, ma zgarbiony grzbiet, ale to dopiero 3 doba po "zabiegu", cały czas drżę o nią czy wszystko będzie ok, ale w głębi serca wierzę, że tak. Wczoraj kupiliśmy chodniki na całe mieszkanie, żeby nie musiała chodzić tylko po panelach, od dwóch nocy śpię na materacu na podłodze, żeby Molly nie wskakiwała na łóżko, bo każdy skok to zagrożenia wypadnięcia dysku, po schodach też już nie będzie mogła schodzić, ale co tam najważniejsze, żeby dochodziła do zdrowia. Jakby ktoś miał jakieś pytanie to odpowiem na nie. Mój nr telefonu to 882 559 645. Pozdrawiam wszystkich i pamiętajcie, że najważniejsze są pierwsze dni w leczeniu dyskopatii.